lastfm blogspot myspace digart gg 3978210



czytają/czytali:

ada anna bartek bartosz karolina
marcin marika michał monika sylwia tomasz

i nigdy niepoznani



odstawcie mnie na półkę



i nie bójcie się żyć



2003-2011

Umrę zanim poznam smak Twoich wąskich ust.


Żałuję, żałuję.


Jakby w obcym łóżku, a przecież swoim.


Nowe twarze nieletnich prostytutek z Kościuszki, częstując papierosem pytam jedną o imię. Dla klientów Jackqueline, dla Ciebie Justyna.


Malwina, dziewczyna zza ściany sprzed dziesięciu lat, dziś kilka zmarszczek, lecz nadal indiańskie spojrzenie.

A Ciebie oglądam już tylko przez szybę autobusu, roztargnioną na skrzyżowaniu Kazimierza Wielkiego i Ruskiej.



Miękka jak rozgrzana w smukłych dłoniach plastelina. A siebie i tak nikt mi nie zabroni.


Nie pamiętam jak Ci na imię.


Sama ze sobą, ja i ja, i ja, i ja.


Każda z możliwych dróg jest dobra, żadna najlepsza.


Wartko turlać się po granatowej wykładzinie i nie tęsknić za nocą. A ja częściej boję się stąd wychodzić - wszyscy wciąż na mnie patrzycie.


Gdyby przestały śnić mi się cygańskie księżniczki z wilgotnymi rozchylonymi ustami - przestałabym być sobą.


Spokojnie złapać oddech, powoli nakarmić ciało.


Cuchnąca benzyna maluje pawie pióra na mokrym asfalcie, przez zagapienie wpadam na rudą przeszłość. Zza okna woła siedmioletnia drzazga, popijmy żółtawe tabletki wódką.


Otępiające wrażenie, jakbym stała sama na gorącej Saharze. Tylko wściekły ból zgina w pół i pozwala przez chwilę nie myśleć.


A drżące serce jak z naćpanej dziwki.


Gapiąc się na śnieg po kostki i rozmyślając o raku jajnika.


Umartwiam się. Jak więdnące pod brudnym stołem słoneczniki.


Duszą mnie cztery wypaćkane na czerwono ściany, dusi ilość krzyczących osób przypadająca na mer kwadratowy. Wyśniona niegdyś kobieta-dandys zapewne sypia teraz z inną, a moje łóżko jest wciąż tylko moje.


Gorzkie to szczęście.


Aj, czwarty dzień zamknięta w obcym domu, a za brudną szybą i rażące słońce, i niebo momentami jakby bardziej błękitne niż przed niedzielą. Smaruję skórę lepkim alantanem, z niesmakiem łykam niebieskie, żółte i białe pastylki.


Budujący widok szczęśliwych oczu. Gorzej, gdy spojrzy się w lustro i spostrzega tylko żal.


Nie czekam na dwa gramy błyszczącego metalu i możliwość świecenia wystającym pantofelkiem spod szeleszczącego tiulu. Na palcach przyszła do mnie zmysłowa jesień, wyszeptała wieczne uwielbienie do zakorzenionej w obolałym umyśle ambiwalencji. Trochę brak mi najzwyklejszej przyjemności, trochę smaku deszczowych pocałunków, trochę stabilnego ramienia, uśmiechów obcych ludzi, tych wszystkich nieodbytych spacerów.


Lekko deszczowa końcówka sierpnia odrobinę uspokaja moją wściekłą gębę. Mniej mądrych czytam, więcej bzdurnych piszę. Flirtuje ze mną kobieta o bardziej zielonych oczach i dłuższych od moich włosach. Mam dziś usta w kolorze soku pomidorowego, usposobienie jak zielone jabłko, a sukienkę z płynnego betonu.


Żyję: wątła klatka piersiowa opornie porusza się w rytm nieregularnych oddechów, ciepła krew krąży w sprężystych tętnicach, kruchych żyłach, splątanych naczyniach włosowatych i dwudziestopięcioletnich organach, niepomalowane paznokcie i pomalowane włosy trochę rosną. Nie wiem - wolę Dalego czy Ciorana? Zapomniałam jak pachną wrocławskie kamienice, nie pamiętam woni kobiecej skóry.


15 czerwca 2010, przestajecie być więźniami mojego umysłu.


Deszczowy, zimny dzień, w którym krwawo zdychają ostatnie, zakorzenione gdzieś między żołądkiem a jelitami, krystalicznie czyste ideały. A gratis rozpruwam każdą kroplę żalu na cząstki zasyfione dorosłością.


Martwa, zimna twarz babci i złączone sine dłonie z drewnianymi koralami różańca.


Twardo stoję z rozchylonymi udami na wilgotnym rozdrożu, wpychajcie we mnie brudne palce, pomarszczone penisy i zielone szyjki butelek.


Bombą neutronową, gdy dostaję ostrym światłem długiej latarki w nadwrażliwe oczy. Kręci was opowieść w stylu: film, seks i spać? Brak szacunku, kiedy uderzasz śliskim łapskiem w brzydką twarz.


Jak zimne przerażenie, gdy stoję w miłosnym bagnie i każdy ruch wchłania mnie szybciej w kleistą maź.